Zobaczyłam, o ile trudniejsze jest dla nastolatka odpowiadanie samemu sobie na całą masę pojawiających się w nim pytań, jeżeli nie ma przy nim kogoś, kto jest stałym i niezmiennym punktem w jego świecie.

Rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Kaniecką

... na pytania Magdaleny Sękowskiej, dyrektor Kliniki Rodzina-Para-Jednostka odpowiada psycholog, pedagog i psychoterapeutka, Katarzyna Kaniecka, ekspert Kliniki Rodzina Para Jednostka. 

Pracujesz teraz jako specjalista znający się na problemach nastolatków i jako osoba, która skutecznie pomaga rodzicom. Jak to się zaczęło? Jak do tego doszłaś - opowiedz trochę.

Pierwszą pracę po studiach podjęłam w domu dziecka. Trafiłam tam z głową pełną pomysłów, ideałów i … zaliczyłam bolesne zetknięcie z rzeczywistością. Uważam, że to doświadczenie, choć niezwykle trudne i obciążające, było mi potrzebne. Miałam wówczas kontakt z młodymi ludźmi, dla których rodzice nie stanowili bezpiecznego oparcia w zmaganiach związanych z kształtowaniem się tożsamości. Zobaczyłam, o ile trudniejsze jest dla nastolatka odpowiadanie samemu sobie na całą masę pojawiających się w nim pytań, jeżeli nie ma przy nim kogoś, kto jest stałym i niezmiennym punktem w jego świecie. Oczywiście nie uniknęłam wielu wpadek: w trakcie pierwszych miesięcy mojej pracy, podopieczni (grupa złożona w dużej większości z dorastających chłopców) „wycięli” mi całą masę numerów, nie ukrywam, że dałam się nabrać na większość z nich. Pamiętam, że niejednokrotnie musiałam przebijać się przez skorupę, którą te dzieciaki dookoła siebie zbudowały – byłam przecież kolejną osobą, który pojawiła się w ich świecie nie wiadomo na jak długo. Przecież dorośli znikają, nie można liczyć na ich wsparcie. Skąd moi podopieczni mieli wiedzieć, że ze mną nie będzie podobnie, na jakiej podstawie mieli mi zaufać?
Kolejny, długi etap w moim rozwoju zawodowym to kilkanaście lat pracy w szkołach jako psycholog i pedagog. Z tego okresu wyniosłam ogrom doświadczeń, ale też myśli i refleksji, które wpłynęły na to, jak teraz definiuję swoją pracę. Bycie szkolnym psychologiem wymagało dużej elastyczności, wychodzenia poza zastane schematy, a przede wszystkim otwartości – na różne perspektywy: ucznia, nauczyciela i rodzica. Dzięki temu łatwiej mi w pracy psychoterapeuty odejść nieraz na chwilę od perspektywy pacjenta i spróbować pokazać mu spojrzenie z innej strony albo innego poziomu.

Jakie podejście psychoterapeutyczne reprezentujesz, w jakiej perspektywie pracujesz - czy za tym stoi jakaś historia Twoich poszukiwań? Jaka?

Pracuję w nurcie Analizy Transakcyjnej, która - zarówno jako teoria osobowości, jak i system psychoterapii – jest mi bardzo bliska. Ukończyłam szkołę psychoterapii, a aktualnie przygotowuję się do uzyskania certyfikatu analityka transakcyjnego w obszarze psychoterapii. Mój pierwszy kontakt z Analizą Transakcyjną to było olśnienie, fascynacja od pierwszego wrażenia. Podstawowy kurs w tym nurcie ukończyłam w 2010 roku. Podczas kolejnych lat każde z zaawansowanych szkoleń w tej dziedzinie było dla mnie niczym wielkie święto. Odbywały się one stosunkowo rzadko, gdyż prowadzone były przeważnie przez wykładowców spoza Polski. Z każdego z nich wychodziłam bogatsza o nową wiedzę, ale też z mnóstwem inspiracji i przemyśleń. Odczuwałam też za każdym razem coraz większą ekscytację i ciekawość; chciałam więcej i więcej. Podczas indywidualnej pracy z uczniami w szkole korzystałam z jakimś cudem zdobytej książki „Być przyjacielem i mieć przyjaciół” autorstwa Alvyna i Margaret Freed. Ta publikacja w bardzo prosty i przystępny dla dzieci i młodszych nastolatków sposób wprowadzała pojęcia i myślenie AT. Widziałam wielokrotnie, że to działa, obserwowałam, jak uczniowie, którym pomagałam, coraz bardziej rozumieją zarówno to, co czują, ale też to, dlaczego reagują w określony sposób. Sięgając do zaczerpniętych z AT pomysłów, uczyłam podopiecznych komunikować się w dobry sposób z kolegami i nauczycielami oraz stawiać granice.

W czym widzisz szczególność pracy w perspektywie AT z nastolatkami? Co w tym podejściu jest takie jedyne?

W ramach AT jest wiele koncepcji użytecznych w pracy terapeutycznej. W gabinecie, zarówno podczas diagnozy, jak i terapii, sięgam w pierwszej kolejności po model stanów Ja. Stan Ja to spójny system myśli, emocji i zachowań. Na przykład, gdy moje myśli, uczucia i zachowania odpowiadają na to, co dzieje się tu i teraz oraz wykorzystuję w danym momencie dostępne dla mnie zasoby, to reaguję ze stanu Ja Dorosły. Bywa, że moje myśli, uczucia i zachowania są kopią reakcji któregoś z moich rodziców albo innych osób dorosłych, które się mną opiekowały. Wówczas jestem w stanie Ja Rodzic. Kiedy natomiast powracam do sposobów zachowania, myślenia i odczuwania, które wykorzystywałam w dzieciństwie, reaguję ze stanu Ja Dziecko. Każdy stan Ja jest niezbędny do optymalnego rozwoju, jednak zdarza się, że niektóre z nich pochłaniają zbyt wiele naszej energii, lub przeciwnie – w którymś z nich tej energii brakuje. Zatrzymajmy się przez chwilę przy stanie Ja Rodzic. Każdy z nas nieraz funkcjonuje w stanie Rodzica Opiekuńczego, a w innych sytuacjach jest raczej w Rodzicu Normatywnym. Ten ostatni – jeśli „inwestujemy” w niego odpowiednią ilość naszej energii - pomaga nam bronić własnych przekonań, wartości oraz granic. Dzięki temu, że rodzice funkcjonują w tym stanie w relacji z dzieckiem, pomagają mu uczyć się norm i zasad. Jednak zdarza się, że opisywany stan pochłania zbyt dużo naszej energii psychicznej, czyli jest nadmiernie doinwestowany. Osoba, która tak ma, najczęściej zachowuje się w relacjach z innymi jak sędzia, który ocenia, wartościuje, bywa, że poniża lub ośmiesza. Z moich rozmów z pacjentami wynika, że bardzo często ich wewnętrzny sędzia ma zbyt wielką moc. Osoby te same wobec siebie są niezwykle oceniające i surowe, trudno im równocześnie troszczyć się o siebie, pozwalać sobie na błędy lub gorsze dni, prawdopodobnie więc rzadko funkcjonują wobec siebie w stanie Rodzica Opiekuńczego, który tej energii miałby w sam raz.

Pomyślmy jeszcze przez chwilę o stanie Ja Dziecko. Otóż, kiedy odtwarzamy te sposoby zachowania, na które decydowaliśmy się jako dzieci, by lepiej spełniać oczekiwania naszych rodziców, jesteśmy w Dziecku Przystosowanym. Natomiast, gdy nasze zachowanie jest niezależne od wywieranej na nas presji, kiedy nie bierzemy pod uwagę rodzicielskich zasad i ograniczeń, funkcjonujemy w Dziecku Wolnym. Opisany model pomaga zrozumieć pacjentom, w jaki sposób funkcjonują, jak wyrażają niektóre aspekty swojej osobowości.

Podczas sesji psychoterapii nawiązuję także do mojej ulubionej koncepcji w ramach AT, czyli znaków rozpoznania. Znak rozpoznania jest wszystkim tym, co możemy powiedzieć lub pokazać drugiemu człowiekowi, tym samym potwierdzając jego istnienie, będzie to na przykład uśmiech, przyjazny gest, wypowiedziane słowa, ale też mina wyrażająca dezaprobatę. Kompetencje wymiany tych znaków oglądam wspólnie z pacjentem w kilku obszarach: po pierwsze sprawdzamy, czy dana osoba umie dawać w różnorodnej treści znaki rozpoznania z różnych stanów Ja doinwestowanych optymalnie. Próbujemy się także dowiedzieć, czy pacjent umie prosić o znaki rozpoznania, których potrzebuje, adekwatnie do miejsca, czasu i swoich potrzeb. Często okazuje się, że ktoś obawia się poprosić wprost o znak rozpoznania, którego pragnie, za to próbuje uzyskać go nie wprost, np. prowokacyjnie się zachowując. Na sesjach pacjent ma także możliwość refleksji nad tym, czy potrafi przyjmować znaki rozpoznania lub odmawia tego, jeśli są one nieadekwatne. Moi nastoletni pacjenci często nie wiedzą, jak zareagować na komplementy lub ciepłe słowa, które inni kierują pod ich adresem, mają wypracowany cały zestaw sposobów na to, jak pomniejszyć, unieważnić otrzymany znak rozpoznania. I na koniec, próbuję pomóc pacjentowi badać treść i sposób dawania znaków rozpoznania samemu sobie. Rozmawiamy więc o tym, jak by to było docenić, pochwalić siebie samego głęboko w środku?

Jest teraz bardzo wiele podejść do wychowania dzieci i nastolatków - różne perspektywy, różni autorzy. To pewnie trudne dla rodziców - co wybrać, czym się kierować w wychowaniu dzieci. Co o sytuacji dzisiejszych rodziców myślisz?

Paradoksalnie uważam, że współcześni rodzice są w bardzo trudnej sytuacji. Bywa, że gubią się w natłoku różnych podejść i koncepcji wychowania. Wielu z nich sądzi, że - skoro mają tak szeroki i zróżnicowany dostęp do literatury, szkoleń, warsztatów - powinni znać odpowiedzi na wszystkie pytania i nie mieć żadnych dylematów w wychowawczych kwestiach. Zewsząd są bombardowani komunikatami medialnymi, które przekonują ich, że mogą nauczyć się być idealnym rodzicem. Tymczasem lepiej jest pozwolić sobie na bycie rodzicem, który jest wystarczająco dobry. Przyznać sobie prawo do pomyłek i potknięć, równocześnie nie gubiąc w sobie otwartości, ciekawości i chęci rozwoju.

Sama też jesteś rodzicem - jak to wpłynęło na wybory tego, czym kierujesz się w pracy terapeutycznej? Jest jakaś perspektywa, która była odkryciem dla Ciebie osobiście, jako rodzica?

Zawsze powtarzam rodzicom, że w relacji z nastolatkiem ważne jest poszukiwanie złotego środka pomiędzy byciem blisko i byciem w dystansie. Dorastający człowiek potrzebuje przestrzeni, by doświadczać świata po swojemu, a fakt, że odsuwa się od rodzica i nie zawsze prosi go o wsparcie oznacza, że sam w sobie próbuje i potrzebuje poszukać rozwiązań. Próbowałam pamiętać o tym w czasie, gdy mój nastoletni syn kształtował swoją tożsamość. Przekonałam się, że dorastanie dziecka to proces, który bardzo często przeraża, przytłacza, ale też zaskakuje rodziców, wiem, jak to jest, ponieważ na własnej skórze doświadczyłam tego kłębowiska różnych emocji.

"Zawsze powtarzam rodzicom, że w relacji z nastolatkiem ważne jest poszukiwanie złotego środka pomiędzy byciem blisko i byciem w dystansie."

K. Kaniecka

Próbowałam być dla syna dostępna, ale nie przytłaczać go wsparciem – nie ukrywam, że było to dla mnie bardzo trudne. Czy mi się udało? Nie mnie to oceniać. Jednak, gdy patrzę na to, jakim mój syn jest otwartym, wartościowym, ale też autonomicznym człowiekiem, sądzę, że chyba nie najgorzej mi poszło. Myślę, że największym prezentem, jaki rodzic może dać dziecku w okresie dorastania, jest przyzwolenie na to, by mogło ono sprawdzać, próbować, odkrywać świat i popełniać błędy ze świadomością, że rodzic jest, że nie zniknie, nie przestraszy się, nie wycofa z kontaktu z nim.

Wielu terapeutów narzeka, że praca z rodzicami jest bardzo trudna, że rodzice nie są chętni do współpracy - jak Ty to widzisz? I jak to rozumiesz?

Rodzice moich nastoletnich pacjentów najczęściej są otwarci na współpracę. Wielu z nich jest gotowych angażować się w proces terapeutyczny dziecka, na przykład biorąc udział w sesjach rodzinnych. Niektórzy decydują się także rozpocząć własną terapię lub uczestniczyć w konsultacjach dla rodziców. To właśnie podczas tych spotkań mają okazję zadać – nie tylko psychologowi, ale przede wszystkim sobie - bardzo trudne, od dawna nurtujące ich pytania. Uważam, że dorosły, aby móc być dla nastolatka stabilnym i bezpiecznym oparciem, powinien czasem pochylić się nad tym, co on sam czuje i czego potrzebuje.
W pracy terapeutycznej z nastolatkiem warto pamiętać, że jego rodzice są jedną ze stron trójstronnego kontraktu. Gdy przychodzą z dorastającym dzieckiem do psychologa, zazwyczaj mają oczekiwania co do pożądanych u niego zmian. Tymczasem to nastolatek wyznacza - przy wsparciu terapeuty – cele swojej terapii, które nie zawsze pokrywają się z tym, czego oczekuje dorosły, a raczej dość często są od tych oczekiwań odległe. Dla rodzica to często dość trudny moment: usunąć się w cień i zaufać, że jego nastoletnie dziecko będzie wiedziało, do jakiej zmiany chce dążyć, jakie problemowe obszary przepracować. Wyzwanie to wydaje się tym większe, gdy rodzic słyszy od terapeuty, że nie będzie informowany o treściach sesji swojego dziecka, bo to mogłoby stanowić przeszkodę w budowaniu relacji terapeutycznej.

Oczywiście bywa, że rodzice nastolatków reagują obawami i niechęcią na próby włączenia ich w proces terapeutyczny. Podczas rozmowy z psychologiem przyznają, że zaproszenie ich do współpracy odebrali jako jednoznaczny sygnał, że coś robią źle. Rola rodzica jest jedną z tych, w których oczekiwania społeczne względem nas są bardzo wysokie. Trudno się więc dziwić, że wielu dorosłych traktuje doświadczane przez ich dzieci problemy jako wyznaczniki tego, czy i jak sprawdzili się we wspomnianej roli.

Młodzi ludzie mają w sobie wiele elementów braku ochrony siebie - nie trzymają granic, tną się, piją, są mocno impulsywni, unicestwiają swoje życie - masz na to jakieś swoje wyjaśnienia? Jak temu przeciwdziałać? Co możemy robić?

Przyczyn zmian w zachowaniu i samopoczuciu młodych ludzi w okresie dorastania należy dopatrywać się głównie w przeobrażeniach, jakie następują w ich mózgach. Badacze dowiedli, że niektóre części mózgu – w tym kora mózgowa - rozwijają się przez cały okres dojrzewania, a nawet jeszcze dłużej, bo aż do dwudziestego piątego roku życia. Praca, jaką wykonuje mózg nastolatka, jest bardzo energochłonna. Młodzi ludzie odczuwają ten fakt. Mogą przejściowo doświadczać, a dorośli to zauważać nowych form zaburzenia równowagi w sferze poznawczej i emocjonalnej: podlegać gwałtownym emocjom, być rozdzieranym przez skrajności, odczuwać drażliwość, obniżoną koncentrację uwagi i motywację, nerwowość oraz nadwrażliwość na ocenę swojej osoby. Pamiętajmy, że właściwe funkcjonowanie ludzkiego mózgu zależy od precyzyjnego przekazywania informacji pomiędzy jego strukturami, a ten mechanizm jest w okresie dojrzewania w istotny sposób zaburzony. Różne części mózgu dojrzewają w różnym czasie i w różnym tempie, a to oznacza, że ich współpraca nie przebiega najlepiej. To znacząco wpływa na młodych ludzi, a zachowania, o których wspominasz, są najczęściej odpowiedzią na poczucie wewnętrznej niestabilności. Pamiętajmy, że najbardziej dynamicznymi i najintensywniej działającymi obszarami mózgu nastolatków są: układ limbiczny – odpowiedzialny za impulsywne reakcje oraz układ nagrody, który zachęca do robienia tego, co subiektywnie wydaje się przyjemne. Oczywiście warto pamiętać, że powtarzające się zachowania o charakterze autodestrukcyjnym mogą stanowić objawy zaburzeń nastroju lub symptomy rozwijających się zaburzeń osobowości.

Bycie entuzjastycznym, otwartym, szanującym siebie i innych człowiekiem dobrze wpływa na dorastające dzieci oraz ułatwia komunikację z nimi. Nastolatki liczą się ze zdaniem tych, którzy darzą ich szacunkiem i zaufaniem. W rozmowach z rodzicami dorastających dzieci często posługuję się metaforą, zaczerpniętą z książki Lisy Damour pt. „Zaplątane nastolatki”. Proszę dorosłych o wyobrażenie sobie, że nastolatek jest pływakiem, rodzic - basenem, a woda to świat, w którym żyje dorastający człowiek. Jak każdy pływak, nastolatek chce się bawić: nurkować i pluskać w wodzie. Ale przecież każdy pływak podtrzymuje się czasem krawędzi basenu, żeby złapać oddech. Gdy odsapnie, znowu chce popłynąć, a im silniej się odepchnie od stabilnej, betonowej ściany, tym więcej będzie mieć siły, by doświadczać tego wszystkiego, co nieznane, co ciekawi, ale też zaskakuje, pobudza i wyczerpuje. Zadaniem rodzica jest więc stabilnie stać na swoim miejscu, być ścianą, która wytrzyma wszystkie odejścia i powroty nastoletniego dziecka.

Twoja praca jest dla Ciebie …. jak byś dokończyła to zdanie? Powiedz coś więcej o tym.

Praca jest dla mnie czymś, co kocham, źródłem satysfakcji i inspiracji. Oczywiście bywają dni, kiedy czuję się przytłoczona ogromem ludzkiego cierpienia oraz dotykam swojej bezradności. Dni, w których jedyne, co mogę, to być przy pacjencie i próbować wziąć od niego chociaż trochę smutku, lęku, bólu. Tylko tyle i aż tyle. Ale – dla równowagi - zdarzają się także sesje, w których moje pacjentki piszą pożegnalne listy do swojej anoreksji lub bulimii. Bywają momenty, w których dorosły pacjent decyduje się zaakceptować fakt, że nie warto już czekać na moment, w których usłyszy od rodziców słowa, na które zawsze czekał. Podejmuje odpowiedzialność za zaspokajanie swoich potrzeb oraz relacje, które buduje.

Co Tobie daje siłę w tej pracy?

Przede wszystkim są to momenty autentycznej bliskości z drugim człowiekiem. To także magiczne chwile, w których pacjent na sesji dotyka czegoś bardzo trudnego, sięga do głęboko zakopanego w przeszłości doświadczenia, bo wie, że – z moją pomocą - jest gotowy właśnie w danym momencie się z nim zmierzyć. Siłę czerpię od bliskich, od przyjaciół, także od kolegów i koleżanek z zespołu kliniki oraz ze szkoły psychoterapii. Bywały sytuacje, gdy wieczorem, po pracy, potrzebowałam rozmowy lub interwizji innego terapeuty, wówczas nigdy nie zdarzyło się, że nie miałam takiej możliwości. To, że podzielę się z koleżanką „po fachu” tym, że mi trudno i usłyszę, że ona czasem też tak ma, daje dużą ulgę, ale też – poprzez wspólnotę doświadczeń – bardzo zbliża.
Wiesz, byłam przed kilkoma dniami w kawiarni z koleżanką. Okazało się, że kelnerką w tym miejscu jest moja była pacjentka. Dziewczyna podbiegła do mnie i powiedziała z dużym entuzjazmem: „wszędzie bym panią poznała, nawet w tych okularach przeciwsłonecznych”. Następnie koleżanka, z którą byłam, zapytała wspomnianą nastolatkę o jakiś składnik sezonowego dania. Dziewczyna nie znała odpowiedzi, ale sposób, w jaki zareagowała, wyraźnie pokazał mi, że nie ocenia już swojej wartości po tym, co robi lub mówi, lecz ma uwewnętrzniony stabilny obraz siebie, w którym przyznaje sobie prawo do tego, by nie znać wszystkich odpowiedzi. Z takich właśnie doświadczeń biorę siłę – gdy wiem, że mogłam chociaż w niewielkim stopniu pomóc komuś w tym, by wiódł spełnione i szczęśliwe życie.

Widzę Ciebie zawsze zorganizowaną, punktualną, mającą notatki, w kontakcie…. Podziwiam Ciebie - jesteś bardzo odpowiedzialna, wiarygodna, ucząca się. Czego jeszcze potrzebujesz? Może terapeuta też już potrzebuje nic-nie-potrzebować?

Jak by to było: nic nie potrzebować? Z jednej strony to kusząca opcja – bo to oznaczałoby cieszyć się i doceniać to, co mam. Myślę, że w codzienności to podejście jest mi bliskie, łączy się z czerpaniem szczęścia z małych chwil, z życiem w sposób świadomy i uważny. Jednak patrząc z innej perspektywy – myślę, że tym, czego potrzebuję najbardziej, są stabilne relacje i rozwój. Uważam, że dla mnie, jako terapeutki ważne jest, by znać swoje ograniczenia oraz chcieć uczyć się tego, czego jeszcze nie potrafię. Odpowiem więc najzwyczajniej, jak tylko się da, że pragnę być ciekawym świata i otwartym na innych człowiekiem.

258 katarzyna kaniecka

O autorze

Katarzyna Kaniecka - psycholog, pedagog. Prowadzi psychoterapię indywidualną nastolatków i osób dorosłych oraz konsultacje dla rodziców. Wiedzę i umiejętności terapeutyczne pogłębia w szkole psychoterapii w nurcie analizy transakcyjnej. Przygotowuje się do uzyskania europejskiego certyfikatu analityka transakcyjnego w obszarze psychoterapii. Swoją pracę poddaje regularnej superwizji. W obszarze jej zainteresowań znajduje się pomoc pacjentom z zaburzeniami odżywiania. Interesuje ją szeroki kontekst tych problemów, począwszy od relacji rodzinnych, poprzez uwarunkowania społeczno-kulturowe, aż po indywidualne predyspozycje osobowościowe. Współpracuje z „Newsweek Psychologia”.